: wyszukaj
: login : hasło
Szkolenia online
Wyszukaj szkolenie Zarejestruj firmę
Jesteś w: strona główna / felietony
felietony
Listopad 2007
Nieoczekiwany zwrot w sprawie piractwa
[2007-11-26 08:42] Hiszpańskie i kanadyjskie władze kilka dni temu zaskoczyły chyba wszystkich, a najbardziej przemysł filmowy i fonograficzny. 18 listopada Jorge Martin, szefujący wydziałowi internetowej przestępczości hiszpańskiej policji oświadczył na kongresie webmasterów w Madrycie, że hiszpańscy internauci mogą pobierać z Sieci co się im żywnie podoba.


Tydzień wcześniej kanadyjska gazeta „Le Devoir” wydrukowała wywiad z Noelem St-Hilaire, dowódcą oddziału śledczych kanadyjskiej policji ścigających naruszenia praw autorskich. Stwierdziło on, że piractwo na użytek indywidualny nie jest już ścigane.

Te dwa fakty świadczą o jednym policja zaczyna być bezradna wobec milionów użytkowników sieci peer-to-peer. Jak przyznał w wywiadzie Noel St-Hilaire – „kopiowanie plików stało się zbyt łatwe i nie potrafimy tego powstrzymać” Co ciekawe, wbrew temu co twierdzą wytwórnie piractwo plików muzycznych nie przynosi strat lecz zwiększa sprzedaż muzyki – nie możliwe? A jednak...

Jak wynika z badań przeprowadzonych na zlecenie kanadyjskiego ministerstwa przemysłu przez naukowców z Uniwersytetu Londyńskiego, na każde 25 pobranych z Internetu piosenek przypada jedna płyta więcej sprzedana w legalnym obrocie. Około 50% utworów ściągana jest z Sieci bo po prostu użytkownicy chcą ich posłuchać przed kupnem płyty, a nie zamiast. Kolejnych 25% pobieranych piosenek nie można zaś kupić w sklepach.

Oczywiście, przedstawiciele branży muzycznej zaprotestowali przeciwko takim wynikom badań zarzucając im nierzetelność. Najśmieszniejsze jest jednak to, że kanadyjskie ministerstwo przemysłu zleciło przeprowadzenie tych badań w ramach przygotowań do wprowadzenia zaostrzonej ustawy o ochronie praw autorskich. Ustawa ta po tych badaniach i oświadczeniu policji raczej już nigdy nie wejdzie w Kanadzie w życie.

Okazuje się więc, że stróże prawa zaczynają mieć coraz bardzie realne podejście do problemu piractwa. Co więcej, rządy poszczególnych krajów zaczynają dochodzić do wniosków, że nie ma sensu dalej „walczyć z wiatrakami” i trzeba się zająć sprawami, które rzeczywiście są groźne z punktu widzenia społeczeństwa. Według różnych danych od 60-80% internautów pobiera nielegalnie pliki z Internetu. Oznacza to, że w zależności od kraju, od 30 do 50% społeczeństwa jest przestępcami – coś tu jest nie tak. Nie można przecież zamknąć połowy obywateli nagle do więzienia. Po prostu trzeba zmienić podejście do problemu – stąd radykalny zwrot w postępowaniu organów państwowych Hiszpanii i Kanady.

Masowego pobierania plików z Internetu nie da się już w tej chwili zatrzymać – jedyne co można by było zrobić, to odciąć ludziom dostęp do „kabla”. Tak chce uczynić z kolei rząd Francji, jeśli tylko wejdzie w życie popierane przez prezydenta Sarkozy’ego porozumienie z firmami fonograficznymi i przemysłem filmowym dotyczące ochrony praw autorskich. Polityka ta, którą określić można mianem „trzy razy i już cię tu nie ma” pozwoli na odciąć od dostępu do Internetu wszystkich tych użytkowników, którzy notorycznie naruszają prawa autorskie. Gromadzeniem obciążających informacji zająć się mają dostawcy usług internetowych, którzy mają śledzić tych internautów, którzy generują intensywny ruch wykorzystujący znaczną cześć przydzielonego im pasma. Jak twierdzą francuscy analitycy, wprowadzenie takiej ustawy to po prostu chęć wywiązania się Sarkozy’ego ze swych przedwyborczych obietnic dotyczących ukrócenia internetowego piractwa złożonych przemysłowi rozrywkowemu w zamian za poparcie wyborcze.

Co ciekawe, francuska organizacja konsumencka – UFC Que Choisir – stwierdziła, że plany Sarkozy’ego są „bardzo surowe, niosące potencjał do nadużyć, antyekonomiczne i zwrócone przeciw duchowi cyfrowej epoki”. Przedstawiciele tego zrzeszenia przypomnieli, że we Francji nielegalne pobieranie plików jest od dawna traktowane jako przestępstwo, które zagrożone jest karą do trzech lat więzienia. Wprowadzanie dodatkowych nieprzewidzianych przez kodeks karny sankcji w świetle francuskiego prawa jest też niekonstytucyjne.

Okazuje się też, że partyjni koledzy prezydenta Francji – Marc Le Fur i Alain Suguenot – mają duże wątpliwości co do słuszności wprowadzania nowych restrykcji dla piratów. W oficjalnym komunikacie oświadczyli, że musi zostać dokonana ekspertyza prawna porozumienia z przemysłem rozrywkowym, gdyż narusza ono zasadę trójpodziału władz, nadając agencji wykonawczej uprawnienia sądownicze. Projekt ustawy nie tworzy też ścieżek odwoławczych dla ukaranych użytkowników, co zdaniem francuskich nadużywa zasadę równości wobec prawa i jest poważnym naruszeniem wolności obywatelskich.

Jak widać zamieszanie wokół praw autorskich jest spore. Na restrykcyjnym karaniu piratów zależy przede wszystkim amerykańskim koncernom filmowym i muzycznym. Starają się one wymóc, z pośrednictwem amerykańskiego rządu, na innych krajach. Najlepszym tego przykładem są Chiny, gdzie tamtejsze władze co jakiś czas spektakularnie niszczą nielegalne płyty CD i DVD. Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, ze Chińczycy nie bardzo rozumieją dlaczego mają tak robić. W dalekowschodniej, liczącej pięć tysięcy lat tradycji, od zawsze kopiowanie dzieł było na porządku dziennym. Mało tego, im więcej krążyło kopii danego dzieła tym lepiej było dla autora, który zyskiwał większą sławę. Kopiowanie było zatem czynem chwalebnym – odwrotnie niż teraz.

Moim zdaniem prawo autorskie musi być jakoś przestrzegane, ale sposób jego przestrzegania i egzekwowania nie może być, taki jak teraz, – wzięty „od czapy”. Showbusiness musi zatem zrewidować swoje poglądy i wypracować szybko jakieś rozsądne rozwiązanie problemu, które pozwoli mu zarabiać pieniądze i jednocześnie da internautom wygodny oraz tani dostęp do utworów w sieci. Nie może przecież tak być, że 50% ludzi na ziemi siedzi za piractwo za kratkami, a pozostałe ma za to samo przewinienie odciętą na stałe sieć – nie tędy droga.

Marcin Bieńkowski